"Si quis eris olim ... studiosus ob idque, nosse volens ...
fata peracta ... (huius libri), perlege que dictavi ... ",
Historia egzemplarza ze zbiorów rodzinnych Andrzeja Anonimusa, opisana jest w I Rozdziale nowej książki Andrzeja Anonimusa, pt.: „Beznadziejna sprawa". Pozwalam sobie zamieścić odpowiednie wyjątki tego opisu jako dodatek na dołączonych stronach:
„Po powrocie do swego dawnego, obecnie zrujnowanego mieszkania w Poznaniu, pozostała sprawa, której dotąd nie miał okazji zrobić. Po krótkim wytchnieniu, przebrał się w najgorsze, stare łachy i zszedł do piwnicy, otworzył drzwi korytarza kluczem i niepewnie, szukał właściwych drzwi. Na szczęście, numery mieszkań wypisane były kredą.
Ich piwnica była w dużej części pusta i dlatego wyglądała znacznie porządniej, niż ją zapamiętał. Góra węgla zmalała, chociaż pozostało jeszcze sporo. Kamienica miała kotłownię i centralne ogrzewanie, więc przed wojną ojciec rzadko i tylko częściowo odbierał węgiel, jaki otrzymywali kolejarze, pozostałe kwity oddając Spółdzielni Mieszkaniowej. Ich rodzina używała niewiele węgla, matka tylko rzadko rozpalała ogień w piecu kuchennym, częściej gotując na gazie. Poza tym, węglem palili w piecu kąpielowym. Przynoszenie węgla stanowiło obowiązek Angusa, raczej przywilej, gdyż od czasu, gdy pierwszy raz zastąpił ojca, poczuł się ważniejszy w domu i bardzo pilnował tej funkcji. Zwykle wystarczało zrobić to raz na tydzień. Jednak w ostatnim roku przed wojną, ojciec odebrał na wszelki wypadek cały węgiel, prawie pół piwnicy zawalone było wysoką stertą, blisko sufitu. Obecnie zostało niewiele z tego zapasu. Dobrze, praca jaka go czeka będzie łatwiejsza.
Reszta piwnicy też opustoszała. W 1939 r. opróżniono i zlikwidowano strychy, przewidując możliwość pożarów po bombardowaniach. Chodziło o zmniejszenie ilości palnych materiałów blisko dachu i ułatwienie dostępu strażakom i członkom Obrony Przeciwlotniczej. Rozebrano zbudowane z desek przegrody między poszczególnymi strychami, a na wielkich, pustych poddaszach ustawiono skrzynie z piaskiem i beczki z wodą. Lokatorzy stare meble i inne przedmioty, które przez lata gromadziły się na strychach, przenieśli do piwnic, a resztę wyrzucili. Obecnie, nie wiele z tego zostało, być może Niemcy wyrzucili resztę, albo zużyli ją na podpałkę. Angus zaczął przerzucać łopatką pozostały węgiel pod inną ścianę. Ta robota okazała się łatwiejsza, niż oczekiwał. Wkrótce dotarł do miejsca, gdzie cementowa posadzka była bardziej zniszczona, a w rogu przy ścianie w ogóle cementu nie zostało, dziura wypełniona była drobnym węglem i miałem. Właściwie dopiero od tej chwili ubrudził się tak, jak się spodziewał, gdyż teraz miał węglowy wybierał ostrożnie rękami, nagarniając go na łopatkę. Wreszcie, na granicy miału węglowego i piaszczystego gruntu, wyczuł pakunek i po kilkunastu minutach, odkopał go całkowicie i wyciągnął.
Był przejęty i wzruszony, aż trzęsły mu się ręce. Wprost trudno było uwierzyć, że to, co ukrył tutaj w listopadzie 1939, dzień lub dwa przed wysiedleniem – przetrwało burzę dziejową i zachowało się. Nikt wtedy nie traktował jego ostrzeżeń poważnie, on też nie miał pojęcia o wywiezieniu. Raczej zapewniał wszystkich, że - cała ulica - zostaną aresztowani, uwięzieni i kto wie co dalej (gdyż nie potrafił odczytać niemieckiego nagłówka z listy nazwisk w ciemnym mercedesie i zgadywał po swojemu). Bliższy opis tych chwil patrz koniec rozdziału 3 i początek 4, pierwszej powieści, pt. ”Przecież to jeszcze szczeniak”: www.andrzejanonimus.icpnet.pl. Bolesne dla niego było wówczas , że chociaż pomylił się tylko o niecałe dwa dni, wszystkie ostrzeżenia kompletnie zlekceważono. Cóż, jeszcze wiele razy w późniejszym życiu zdarzało się mówić do głuchych uszu, im bardziej się starał, tym gorsze rezultaty. Umiał szybko powiązać różne spostrzeżenia, dość dobrze, choć nie zawsze trafnie przewidywać, zwykle wyprzedzał innych, ale nie miał daru perswazji, umiejętności przekonywania.
Wtedy postarał się, chociaż ukryć ślady tego, co traktował jako swoją działalność wywiadowczą: spisy numerów niemieckich samochodów, które podjeżdżały pod zajęty przez Niemców gmach Gimnazjum Handlowego przy ul Śniadeckich.. Po wojnie dowiedział się, że mieściło się tam dowództwo VII Obwodu Obrony Powietrznej. Dwa zeszyty, w których zapisywał oznaczenia samochodów oraz datę, a później również przybliżony czas, kiedy je zobaczył. Nagle przyszło mu do głowy, żeby razem z tymi zeszytami schować książkę, którą uważał za coś w rodzaju relikwii narodowej, przechowywanej w rodzinie. Według tradycji, miała ona stanowić własność Tadeusza Kościuszki, Angus wierzył w to bezkrytycznie.
Angus, podobnie jak wszyscy, spodziewał się, czy raczej pocieszał, że wojna nie może już trwać długo. Dziś to wydaje się po prostu śmieszne, ale wówczas optymiści mówili o tygodniach, pesymiści o miesiącach. Był przekonany, że wkrótce będzie mógł wydobyć te cenne pamiątki, że chodzi o schowek tymczasowy. Zapakował je prowizorycznie, w to, co miał pod ręką, korzystając z tego, że matka przy akcji wielkich zakupów i gromadzenia zapasów na czas wojny i spodziewane ciężkie lata powojenne, znosiła mnóstwo opakowań. Angus wybrał mocny papierowy worek z trzech warstw, tak zwanego asfaltowanego, (raczej smołowanego) brązowego papieru. Dodatkowo założył zwykły worek jutowy, aby osłonić papier od uszkodzeń mechanicznych przy zakopywaniu. W głowie mu nie postało, że paczka może tu leżeć nie sześć tygodni czy nawet miesięcy, ale prawie sześć lat. Teraz z worka jutowego pozostały resztki, rozlazł się prawie zupełnie, ale nadspodziewanie worek papierowy wydawał się cały i w dobrym stanie. Angus oczyścił go najpierw i wytarł w miarę możności, chociaż tak naprawdę i worek i Angus pozostali czarni i brudni. Byle jak zgarnął odsunięty węgiel, a odzyskany skarb zaniósł do mieszkania.

Z kolei zabrał się do dokładnego obejrzenia księgi. Duże i grube tomisko było podniszczone, ale chyba nie więcej, niż kiedy ją zakopywał. To był zielnik Szymona Syreniusza, wydany w Krakowie w 1610-13 r. I częściowo uzupełniony w II połowie 18 w. Brakujące końcowe karty zostały ręcznie uzupełnione z benedyktyńską cierpliwością i starannością. „Parczewski scripsit. Legit Koszutski. Correxit Poniński.”

Angus słyszał od matki, że Kościuszko miał tą księgę otrzymać z rąk Czartoryskiego, gdy jako kadet i następnie wychowawca w Szkole Rycerskiej (od pólbrygadiera do kapitana), domownik i bibliotekarz księcia leczył kolejne dziury w klatce piersiowej po jakimś pojedynku. Podobno odbył pojedynków więcej, niż powieściowy Atos. Prawie zawsze na szpady, miał na skórze multum, lecz raczej drobnych dziur, a w zielniku opisano wiele znakomitych sposobów gojenia ran. Szczerze mówiąc, Angus uważał, że takie gadanie uwłacza pamięci wielkiego bohatera narodowego i męża opatrzności, kryształowego wzoru itd. – wprost nie chciał tego słuchać. Nie obchodziło go , czy ta historia jest prawdziwa. W księdze nie ma podpisu Kościuszki nazwiskiem, tylko signum Bibliotekarza, za podpisami Parczewskiego, Koszutskiego, który został krewnym Kościuszki i Ponińskiego (chodzi o Kaliksta, w powstaniu komendanta Kamieńca; legenda sprawdza się jak dotąd).

Co do reszty, Angus przypominał sobie mętnie, że pamiątka ta trafiła po latach, przez Bębenków (być może to przydomek) z Galicji, do rodziny babki, z domu Borowskiej, która przez swoją drugą babkę z Kozłowskich spokrewniona była rzekomo z Kazimierzem Pułaskim. To już inna historia, łączy się z legendarnym spadkiem, coś w rodzaju sum neapolitańskich, na które liczne grono milionerów czy miliarderów "in spe" ostrzyło sobie zęby. Przed wojną łożyli ostatnie grosze dla sprytnych adwokatów, zawsze o krok od decydującego sukcesu. Rodzice Angusa też dali się na to nabrać, wyrzucili w błoto grube tysiące; aż wstyd się przyznać.
Natomiast księga, przechowywana była w poszanowaniu przez dziadka i przekazana potem matce, która nie bardzo się nią interesowała. Bardziej angażowała się we wspomniany, legendarny spadek po Pułaskim. Ojciec po powrocie do domu nie dostarczył Angusowi żadnych nowych informacji. Angus powinien zwrócić się po nie do matki, kiedy dotrze ona do Poznania. Dodał, że bardzo się cieszy, ale niech Angus nie wyrobi sobie fałszywego obrazu: księga nie ma obecnie żadnej wartości materialnej, choć w przyszłości zapewne znów będzie miała. Zresztą to i tak bez znaczenia, takich pamiątek nigdy się nie sprzedaje. Angus może czuć się szczęśliwy, że będzie miał prawo ją troskliwie przechować i kiedyś przekazać swoim dzieciom, chyba, że zdecydowałby się oddać jako dar do muzeum pamiątek narodowych. - Chociaż – dodał ojciec – np. muzeum w Rappersville, było podobno pełne przypisywanym różnym wielkim ludziom pamiątek, lecz w gruncie rzeczy bez dowodu ich autentyczności. Chodźko, był dobrym i poczciwym Polakiem, szlachetnym człowiekiem, o jakich się mówi – choć do rany przyłóż – ale fatalnym kustoszem. Potrafił podobno bez zmrużenia oka kupić starą fajkę, podretuszować ją trochę, przerobić i potem przypisać, powiedzmy, Sobieskiemu. Tutaj członkowie rodziny w coś wierzą, ale nie mają żadnych konkretnych dowodów. W ciągu stu kilkudziesięciu lat znalazłoby się bez wątpienia co najmniej kilka luk, uniemożliwiających ustalenie losów tej księgi.- Krótko mówiąc, gdyby ojciec Angusa dożył, zostałby zapewne teraz tzw. eurosceptykiem. Dostrzegał na pierwszym miejscu negatywne strony i co najdziwniejsze, często miał rację."
* * *
"We wtorek, dnia 8 maja 1945 w południe, Angus siedział znów w ławie szkolnej. Była ciasna, za mała nie tylko dla niego, ale i innych, w większości dorosłych mężczyzn. Tego ranka, zgłosił się do sekretariatu Gimn. i Lic. K. Marcinkowskiego i dowiedział się, że otrzymał na razie warunkową zgodę na uczęszczanie do klasy I Lic. typu mat-fiz., gdyż klasy typu mat.-przyrodniczego nie było. Warunkowo – to znaczy oprócz ogólnego zaświadczenia z poprzedniego miejsca nauki, powinien dostarczyć jeszcze oceny i bieżące dane ze szkoły, z której się przenosi. Ponadto jego bieżące wyniki powinny odpowiadać poziomowi klasy, nazywano to egzaminem sprawdzającym. Właściwie czysta formalność, o rezultat mógł być spokojny. Ostrowieckie Gimnazjum i Liceum miało poziom nie gorszy.”
* * *
Wydaje się bezsporne, że rodzinny egzemplarz Zielnika pochodzi ze zbiorów Czartoryskich. Wskazują na to podpisy osób historycznych, w tym czasie kadetów Szkoły Rycerskiej, którą stworzył król, a Komendantem został Xiążę Adam. Kadetem, później wychowawcą był Tadeusz Kościuszko. Dodatkowo pełnił też funkcje Bibliotekarza Xięcia, podobno dzięki wyjątkowemu talentowi do rysunku. Łączyło się to z osobną pensją, ale funkcja nie była synekurą i obowiązki te wypełniał starannie. Ślady widoczne są na tej właśnie książce, tradycja mówi, że dopisek „w tym egzemplarzu brakuje stron
Wyjeżdżając do Francji, Kościuszko podobno otrzymał od Księcia oprócz stypendium i zapomogi na koszta, przywilej wyboru jednej z książek i z wrodzoną skromnością wybrał egzemplarz nieco uszkodzony i niekompletny. Jeden z duplikatów, który reperował i z którego rad korzystał i cenił je. Autor nie potrafi dokładnie wyjaśnić dalszej drogi tej pamiątki do czasu, aż stała się ona własnością Marii z domu Borowskiej, jego babki od strony matki. Nie ma żadnego związku z linią Kozłowskich, z której pochodziła inna prababka, spokrewniona z Kazimierzem Pułaskim. To całkiem inna sprawa.
Natomiast jako dziecko słyszał, że księga nie wyjechała w bagażu Kościuszki do Ameryki, ani do Francji, lecz pozostała pod opieką rodziny i następnie przeszła w ręce Koszutskiego (tego, co correxit uzupełnienia). Potem miała przejść w ręce wspomnianych Bębenków (?) i trafić do Borowskich. Relacje były niejasne i sprzeczne, dorośli, których słyszał, nie umieli ustalić jednolitej wersji, a jego to wtedy nie interesowało. Także babka, osoba praktyczna, nie przykładała większej wagi do tej sprawy, raczej zafascynowana była mitycznym i w jej wyobraźni niebotycznym spadkiem po Puławskim. To dziadek Antkowiak, chociaż uległy wobec żony (złośliwcy mówili podczas ślubu, że Maria Borowska popełnia straszliwy mezalians, wychodząc za „kozaka z Wołynia”), traktował księgę jak relikwię. Mimo różnic charakterów, małżeństwo okazało się udane – i płodne, dochowali się, nawet na te czasy niezwykłej liczby, piętnaściorga dzieci) . Księgę. do której miał ogromny sentyment, przekazał najstarszej córce (miał zamiar jednemu z synów, ale ten nie wykazał dostatecznego pietyzmu i stąd zmiana).
Również matka Andrzeja-Anonimusa, wbrew lepszemu spodziewaniu, swoje marzenia ulokowała głównie w spadku po Puławskim. Wydała przed II Wojną Światową mnóstwo pieniędzy na kancelarie adwokackie, które co miesiąc przysyłały obszerne sprawozdania o rzekomych postępach i podsycały fantastyczne nadzieje. Uczestniczących w zbiórce było w Polsce kilkuset, a dalsze kilka tysięcy miało wielkie nadzieje, nawet chociaż nie przyłożyli się sami finansowo. Prawnicy nie ukrywali trudności, Pułaski nie brał żołdu, tylko zwrot kosztów utrzymania. Po śmierci Kongres uchwalił nadanie ziemi, wtedy dzikiej i pustej, na której obecnie stoi część Chicago. Lecz nie wiadomo, czy to nadanie było legalne, w tamtych czasach były to terytoria Indian, poza tym nie zostały wytyczone granice, a sama uchwała gdzieś się zapodziała, chociaż występuje w spisach. Dotąd nie przyznano Pułaskiemy obywatelstwu USA, choć taki wniosek dla bohatera został złożony.
Przed wojną była to głośna sprawa, co jakiś czas pisały o tym gazety, być może z inspiracji adwokatów, którzy mieliby w ten sposób pewny zarobek do końca życia. Jeszcze po wojnie, prasa parokrotnie wracała do tej sprawy. Wyliczono nawet, że część spadku przypadająca na matkę, powinna wynieść około dwudziestu mil. USD, ale zgodzili by się nawet na tylko dwa, byle prędko. Tylko ojciec pozostał sceptykiem, jednak dla świętego spokoju godził się na to szaleństwo. Natomiast książka, pamiątka po Kościuszce, leżała sobie przez ten czas, cicho, lecz bezpiecznie i w dobrych warunkach na najwyższej półce szafy bibliotecznej. Aż do wojny.
Oczywiście, postać Angusa to fikcją, wymyśloną przez Andrzeja Anonimusa. Nie da się ukryć, że nie potrafi on konfabulować akcji tak, żeby miała ręce i nogi, dlatego korzysta z własnych doświadczeń opisując wyłącznie to, co widział lub przeżył. W zasadzie, wszystkie postaci są fikcyjne, podobnie jak Angus nigdy nie istniały, ale zdarzenia przedstawione są wiernie i realnie, drobne zmiany czasu lub miejsca zdarzają się tylko, aby uniknąć zbieżności z ludźmi, którzy żyją lub żyli. Losy księgi też są autentyczne.
Andrzej-Anonimus zawsze był nieudacznikiem i fantastą. Wszystkie wielkie cele, jakie sobie postawił, się nie udały. W tym jednym, jedynym wypadku może sobie przypisać jakąś zasługę, nie dość na usprawiedliwienie życia, ale jakby nagroda pocieszenia. Nie ulega wątpliwości, że tą książkę ocalił własnymi rękami. Inaczej uległaby zniszczeniu w czasie wojny, podobnie jak nie przetrwała żadna polska książka, która znajdowała się wtedy w mieszkaniu. Wśród ludzi którzy je zajmowali w czasie wojny to mieszkanie i zrabowali z niego wszystko, nikt nie umiałby rozpoznać wartość kulturalnej starodruku. Sądząc po dewastacji, to musiały być tępe prymitywy. Potem książka przetrwała spokojnie dalsze 55 lat i prawdopodobnie pozostawała dotąd w zapomnieniu jako pamiątka rodzinna, gdyby nie współpraca prof. dr Romana Antoszewskiego. I to jest w tej historii najważniejsze.
Andrzej-Anonimus
PS. Wyjaśniam jeszcze, ze podstawowy tekst od str. 1 do 1484, pobrałem z własnego egzemplarza, ponadto z niego także pochodzą ręcznie dopisane strony Registru w jęz. Polskim z podpisami postaci historycznych i jedna ręcznie dopisana strona poprzedzająca str.1, względnie 0001 księgi, zastępująca brakujące strony tytułowe. Charakter pisma jest podobny, jak w uwadze „w tym egzemplarzu brakuje stronic
Inne brakujące strony, ogółem 18, rejestru chorób i leków na nie umieszczonych przed tekstem oraz str. 1484 – 1494 uzupełniłem ogółem z czterech różnych, niekompletnych ksiąg kierując się głównie ich stanem i możliwością odczytania.
Sporządzenie w dziele naukowym wydanym na początku XVII wieku skorowidzów aż w trzech językach stanowi pewnego rodzaju ewenement. Także, uzupełnienie ręczne brakujących kart, stanowi dobre świadectwo kultury bibliotecznej w XVIII w., w okresie Oświecenia w Polsce i jednocześnie, ciekawy przyczynek do informacji o osobie Tadeusza Kościuszki. Nie trzeba dodawać, że Zielnik jest pierwszym i to znakomitym dziełem naukowym, wydanym w Polsce i to prawie całkowicie w języku polskim. (W związku z zasłyszanymi wątpliwościami na ten temat, pozwolę sobie przypomnieć, że „O obrotach ciał niebieskich”, niewątpliwie o wyższym, epokowym znaczeniu, powstało wprawdzie również w Polsce i znacznie wcześniej, jednak wydane zostało za jej granicami i po łacinie).
* * *
Główna część, ponad 97%, pochodzi ze zbiorów rodzinnych Andrzeja-Anonimusa, który dziękuje za pomoc w przekraczających jego możliwość pracach:
P. Zygmuntowi Poznańskiemu
P. Adamowi Malinowskiemu
i P. Damianowi Kaliszanowi
* * *
Patrz też www.andrzejanonimus.icpnet.pl lub www.andrzej-anonimus.com